Każdą wolną chwilę staram się spędzać w górach, tam czuję się najlepiej. Niestety ze względu na studia, pracę i inne przyziemne sprawy, są to zazwyczaj 2-3 dniowe wyjazdy. Oprócz zapasu endorfin, przywożę z nich do Wrocławia niedosyt, dlatego z utęsknieniem, jak większość z Was, wyglądam wakacji – brak zajęć na uczelni, dłuższy urlop, to idealne okoliczności by zaplanować wyprawę. Najlepiej wybrać wrzesień – miesiąc, w którym wolne mają już tylko studenci, więc ruch turystyczny maleje, a pogoda w górach nadal sprzyja.

Już w marcu, razem z Agnieszką -Wtedy Jeszcze Prezes – zaczęłyśmy snuć plany. Mi marzyła się wyrypa, jej nie trzeba było długo namawiać. Przez chwilę zastanawiałyśmy się nad wejściem na Eiger – Zachodnią Flanką, a następnie zachodnią granią, ale zbyt mała ilość informacji na temat tej drogi skutecznie nas zniechęciła i uznałyśmy, że to jeszcze nie ten moment. Ale skoro już Szwajcaria… to może masyw Monte Rosa? Największy masyw Alp, „łatwe czterotysięczniki”, dziesięć wierzchołków w zasięgu ręki. Bingo. Tylko od strony włoskiej – ze względów ekonomicznych. 2 września, w składzie: Karolina Gała, Adrian Sobczyk – świeżo mianowani i pełni zapału prezesi, Bartosz Sobczak, Agnieszka Wojtysiak i ja, wyruszyliśmy w stronę, nawiasem mówiąc urokliwej, miejscowości regionu Piemont – Alagna Valsesia.

Do auta wsiadałam po 12 godzinach pracy z dziećmi (no bo przecież jestem niezniszczalna…), z bolącym gardłem i katarem. Po kilkunastu godzinach jazdy, które w całości przespałam, zrobiliśmy mały przepak, redukując wagę plecaków do około 18 kg i około godziny 16 ruszyliśmy w góry. Bez większych kłopotów doszliśmy na wysokość 2000 m. n.p.m. w okolice schroniska, przy którym planowaliśmy pierwszy nocleg. Z rozbiciem namiotów nie było problemów, obozowała tam już grupa włoskich skautów, był dostęp do wody.

O poranku, przywitani przez fantastyczną pogodę, ruszyliśmy dalej. Naszym celem było schronisko Gnifetti, położone na 3647 m n.p.m. pomiędzy lodowcami Lys i Garstelet. Początkowo przekraczaliśmy słoneczne pastwiska i nadal ukwiecone łąki piętra alpejskiego, łagodnie pięliśmy się w górę, a po jakimś czasie wkroczyliśmy w stromy teren skalny. Pogoda się lekko pogorszyła, było dość mgliście. Na tym odcinku nie było żadnych trudności technicznych, mieliśmy do pokonania 1600 m przewyższenia, co z ciężkimi plecakami mogło się trochę dłużyć, jednak nie powinno stanowić większego problemu. Ekipa radziła sobie świetnie, za to mój katar przerodził się w regularne przeziębienie. Wraz ze wzrostem wysokości czułam się coraz gorzej, doszedł ból głowy, musiałam zredukować tempo marszu. Około 3000 m n.p.m. przez chwilę zastanawialiśmy się czy nie zanocować przy budynku nieczynnej kolejki, jednak nie mieliśmy wystarczająco wody na noc i kolejny dzień marszu, a tam nie było do niej dostępu, ani śniegu, który nadawałby się do stopienia. Trzeba było zebrać siły i napierać dalej. Z dalszego fragmentu trasy nie pamiętam nic, po prostu szłam. Wysiłek został wynagrodzony; widok z tarasu schroniska na okoliczne szczyty i potężny lodowiec skąpane w kolorach zachodzącego słońca sprawił, że poczułam się jak w niebie.

Obsługa schroniska wskazała nam miejsce, w którym mogliśmy rozłożyć nasze namioty, mogliśmy też korzystać z łazienek, gotować na tarasie i mimo tego, że dla przebywających w schronisku osób, nasze biwakowanie było ciekawostką, nikt nie robił nam problemów, a jak wiemy, nie zawsze jest to dobrze postrzegane. Noc przebiegła spokojnie, poza jednym incydentem- dźwięk osuwających się nad naszymi głowami kamieni, zasiał małe wątpliwości, czy na pewno dobrze sprawdziliśmy miejsce, w którym się rozbiliśmy.

Ze względu na potrzebę regeneracji postanowiliśmy nie zrywać się w środku nocy, ale oczywiście weszliśmy na lodowiec o bezpiecznej godzinie. Związani, ruszyliśmy w kierunku schronu Balmenhorn (4167 m n.p.m). Szybko okazało się, że Adrian się ode mnie zaraził, wysokość też robiła swoje i teraz oboje czuliśmy się, delikatnie mówiąc źle. Tempo spadło, częstotliwość przerw dla wyrównania oddechu wzrosła, plecak z każdą minutą ważył coraz więcej, ale nikt nie narzekał. Była lampa, idealna widoczność, zachwycające krajobrazy. Dotarliśmy na szczyt. W schronie, który był świetnie urządzony, nikt nie nocował. Karo, Bartek i Agnieszka postanowili zrobić małe rozeznanie po okolicy, jednak ze względu na zbyt późną godzinę nie atakowali żadnego szczytu. Ja zrobiłam sobie herbatę i rozkoszowałam się widokami, a Adrian poszedł spać.

Następnego dnia, mieliśmy ze schronu zrobić pętlę przez kilka okolicznych czterotysięczników, nastawiliśmy budziki na 4 rano. Niestety, życie zweryfikowało plany. Moje zarazki dopadły Agnieszkę, w nocy prawie nie spała i gorączkowała, do mojego przeziębienia radośnie dołączyła wysokościówka, Adrian otrzymał w prezencie ten sam zestaw. Jedynie Karo i Bartek się trzymali i o wschodzie słońca zameldowali się na szczycie Corno Nero (4321 m n.p.m). Nasza trójka spała dalej z myślą, że jeśli w ciągu trzech godzin poczujemy się lepiej, będziemy mogli zaatakować… cokolwiek, chociażby najbliżej położoną Piramide Vincent. Niestety, żadne z nas nie czuło się na siłach. Około ósmej rano, gdy Karolina i Bartek już wrócili, do schronu zajrzało dwóch Szkotów z przewodnikiem; poczęstowaliśmy ich herbatą, chwilę porozmawialiśmy. Chłopaki potwierdzili to, co już wiedzieliśmy- zbliżało się załamanie pogody. Około 14 mogły pojawić się burze, trwające do wieczora, a następnego dnia, okno pogodowe miało trwać tylko od 6 rano do 12, zatem w naszej sytuacji nie było sensu zostawać na kolejną noc, zwłaszcza, że bez zejścia niżej nie zaczniemy zdrowieć. Mój kaszel brzmiał już ponoć, jakbym miała zapalenie płuc, a kto słyszał historię o Gruzji, nie chciałby widzieć chorej Agnieszki.

Zjedliśmy śniadanie, związaliśmy się i ruszyliśmy w dół. Adrian był bardzo osłabiony, każdy krok był dla niego wysiłkiem, Agnieszka czuła się równie fatalnie. Na szczęście Karo i Bartek byli w pełni sił, a ja wraz ze spadkiem wysokości powoli odzyskiwałam formę, dlatego w miarę sprawnie pokonaliśmy lodowiec, a następnie mocno eksponowany fragment skalny. Przekroczyliśmy kolejny, zanikający lodowiec, na którym nie było już konieczności wiązania się i w idealnym momencie – tuż przed kompletnym załamaniem pogody – dotarliśmy do najwyższej stacji kolejki. Ze względu na okoliczności i nieoczywisty przebieg fragmentu szlaku, którym podchodziliśmy kilka dni wcześniej, postanowiliśmy zjechać o jedną stację w dół. Zeszliśmy do wysokości 2800 m n.p.m i przenocowaliśmy w opuszczonym schronisku- to, że nie musieliśmy rozkładać namiotów, było w tamtym momencie najlepszym prezentem.

Rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Ja, Karolina i Bartek szliśmy przodem, trochę za nami Agnieszka i Adrian. Na tej wysokości pogoda i widoki były znów idealne, mieliśmy zróżnicowane tempo, ale co jakiś czas na siebie czekaliśmy. Jak to często bywa, gdy dochodziliśmy do miejsca, w którym spaliśmy pierwszego dnia, czuliśmy się już na tyle bezpiecznie i „u siebie”, że pozwoliliśmy na to, by zrobił się między naszymi dwoma grupami dość spory dystans i to był błąd. Aga dostała krwotoku z nosa, wszyscy mieliśmy włączony w telefonach tryb samolotowy, a wyjątkowo(!) nie mieliśmy ze sobą krótkofalówek, więc razem z Adrianem musieli sobie radzić sami, a my cały ten czas nie wiedzieliśmy, że coś się dzieje. Na szczęście udało im się opanować sytuację i gdy do nas dołączyli, Karolina w ekspresowym tempie załatwiła u robotników, remontujących coś przy wyciągu, zwiezienie samochodem Agnieszki do parkingu. Były wolne dwa miejsca, więc pojechała z nią, niestety w szale pakowania, zamiast zabrać od nas jakieś ciężary, zostawiła nam trochę swoich, jednak łatwo jej to wybaczyliśmy- wszak to ona wzięła na barki dogadanie się z Włochem, który ni w ząb nie rozumiał po angielsku. W ciągu godziny, naprawdę w świetnych humorach zeszliśmy do czekających już na nas dziewczyn. Marząc o gorącym prysznicu podjechaliśmy na najbliższy kemping, zjedliśmy obiad i ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski – turystycznie, zahaczając o Mediolan, jezioro Como, Lichtenstein i jezioro Bodeńskie.

Czy to był udany wyjazd? Może czytając tę relację macie inny obraz, bo przecież „nic nie zrobiliśmy”, ale zdecydowanie tak, bo była to solidna lekcja.

  • Po pierwsze: rozwagi. Jesteśmy młodzi, pełni sił, ale czasem trzeba zwolnić, nie przeciążać swojego organizmu, żeby właśnie głupi katar nie sprawił, że planowany rajd po czterotysięcznikach kończy się wczołganiem na jeden i chorobą całej ekipy.
  • Po drugie: racjonalnej i obiektywnej oceny sytuacji. Wycofanie się nie jest łatwe, tego też trzeba się nauczyć.
  • Po trzecie: planowania. Nigdy nie wiemy jak nasz organizm zareaguje na zmianę klimatu, wysokości, dlatego obliczając trasy nie opierajmy się na swoim maksimum – lepiej, żeby zapas czasu był miłym bonusem, a nie jego brak – presją i potencjalnym zagrożeniem.
  • Po czwarte: istotności komunikacji. Tym razem wszystko się dobrze skończyło, ale fakt, że rozdzielając się mieliśmy nieaktywne telefonu był nieodpowiedzialny.
  • Oprócz tego, choć reszta może się ze mną nie zgodzić, ja po tym wyjeździe, jestem zdecydowaną zwolenniczką liofilizatów- przy kosztach takiego wyjazdu, nie zrobi to aż takiej różnicy, a każdy gram mniej w plecaku przyjęłabym z ogromną wdzięcznością.

Zmaganie się z własnymi słabościami, pokonywanie zmęczenia, każdy krok w przód, gdy wydaje się, że już nie mamy sił. Onieśmielające piękno z pozoru niedostępnych szczytów, zapierające dech widoki, promienie słońca odbijające się w śniegu albo dla odmiany mróz szczypiący w policzki, gęste jak mleko mgły. Ludzie, na których można liczyć, z tym samym spojrzeniem na świat. Właśnie tego w górach szukam, za to je kocham i to wszystko było na tym wyjeździe 😊

Dodaj komentarz