Tegoroczny weekend majowy był wyjątkowo długi, a co za tym idzie, można było odbyć dłuższą podróż. Wybór padł na Bałkany, które skusiły nas swoją egzotycznością i niską popularnością. Plan zakładał zdobycie pięciu szczytów należących do Korony Europy:

– Albania/Macedonia – Korab (2764m n.p.m.)

– Kosowo – Djeravica (2656m n.p.m.)

– Czarnogóra – Zla Kolata (2534m n.p.m.)

– Bośnia i Hercegowina – Maglić (2386m n.p.m.)

– Chorwacja – Vrh Dinare (1831m n.p.m.)

W piątek wieczorem zapakowaliśmy się całą dwunastką do busa i samochodu i wyruszyliśmy.


Na pierwszy ogień wybrany został Korab. Po ponad dobie spędzonej w samochodzie, dotarliśmy do miejsca, skąd rano mieliśmy zacząć naszą wędrówkę. Nie bez problemów, pokonaliśmy samochodami kamienistą i wyboistą drogę, która skrócić nam miała czas podejścia w dniu następnym. Nad ranem rozstawiliśmy wreszcie namioty i po 4 godzinach snu, ruszyliśmy zdobywać Korab.

Nie trzeba było długo czekać na pojawiające się zachwycające widoki. Po kilku godzinach naszych zmagań na szlaku w słonecznej pogodzie wyłoniło się kilka obiektów które mogły być naszym potencjalnym szczytem. Nadal dzieliła nas od nich spora odległość, chmurki wyglądające gdzieś z horyzontu i wskazówki na zegarku troszkę nas zaniepokoiły. Chcąc zdobyć ten szczyt nie mogliśmy sobie pozwolić na dłuższe postoje, trzeba było się sprężać. Malownicza grań, następnie spore podejście i jesteśmy na Korabie, z którego widoki są jeszcze ładniejsze! Szybki taniec, kilka zdjęć i szczęśliwie schodzimy. W międzyczasie chmurki zasłoniły nam zostawiony za plecami szczyt.

W drodze powrotnej odkryliśmy w sobie małe dzieci i postanowiliśmy skrócić sobie nieco drogę, zjeżdżając na naturalnej zjeżdżalni, jaką stworzyły góry.

 

 

 

 

 

 

 


Po zejściu do samochodów udaliśmy się wreszcie na zasłużony odpoczynek, by następnego dnia rano wyruszyć w stronę Kosowa i Djeravicy. Kosowo – kraj, który u każdego wzbudził skrajne emocje – jestem pewna, że część z nas tam jeszcze wróci. Zobaczyliśmy społeczeństwo, które się nigdzie nie spieszy, niczym nie przejmuje, dosłownie niczym, nawet kierowcy na drogach jeżdżą, jak chcą. Zapominają o kierunkowskazach albo włączają je na prostej drodze, a wyłączają przed zjazdem z ronda, wjeżdżają na przeciwny pas, zawracają nie patrząc czy ktoś jedzie, parkują na środku skrzyżowania, na zakrętach, gdzie tylko jest jakieś miejsce. Ludzie przechodzą przez tory, na których jedzie jakaś ciufcia, bo pociągiem tego nie można nazwać, gościu w garniturze z teczką przeskakuje przez barierkę dzielącą dwie drogi.. Facet kosiarką jedzie po drodze albo na koniu.. W każdym przydrożnym barze, a było ich sporo, siedzą tylko faceci. To wszystko i wiele, wiele innych obrazów na pewno zostanie nam w głowie na myśl o Kosowie.

Wtorek o godzinie 5.00 oddaliliśmy się od aut w stronę najwyższego szczytu Kosowa. Po jakiejś godzinie drogi kamienistą ścieżką weszliśmy do lasu i troszkę się powspinaliśmy. Zachowując bezpieczeństwo, założyliśmy kaski, które uratowały Olę przed lecącym z góry kawałkiem skały.

I tak dotarliśmy do malowniczej górskiej wioski, na której posililiśmy się przed dalszą wędrówką. Około godziny 10 byliśmy na szczycie, aby na niego wejść musieliśmy pokonać odcinek w rakach Na Djeravicy również zatańczyliśmy i zaczęliśmy schodzić. Na ostatnim odcinku naszego zejścia spotkała nas miła niespodzianka – Kosowska rodzinka w Transporterze zaoferowała nam podwózkę i tak, w 15 osób w starym, zdezelowanym busiku dotarliśmy do aut. Bez dłuższego zwlekania zapakowaliśmy samochody i ruszyliśmy w stronę Złej Kolaty.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Nasze dalsze plany zostały jednak zmienione przez prognozowane załamanie pogody. Wspólnie zadecydowaliśmy, że wędrówka w mokrych butach, po nieprzespanych dwóch nocach i przy niepewnej pogodzie, nie ma sensu. Odpuściliśmy więc zdobywanie dwóch następnych szczytów z naszej listy – Zlej Kolaty i Maglić’a. Naszym nowym celem była Chorwacja i jej kamieniste plaże.

Dzień odpoczynku był zróżnicowany – był czas na zwiedzanie, na pływanie w morzu, a także na zjedzenie czegoś innego, niż „pyszności” tworzone w menażkach 😊. Po tak spędzonym dniu pojechaliśmy pod Vrh Dinarę i rozstawiliśmy namioty. Skuszeni opowieściami spotkanych na dole Polaków, postanowiliśmy wyruszyć w środku nocy i na szczyt wejść o świcie.

 

 

 

 

 

 

 

 


Sobota 2.30 wyruszyliśmy z czołówkami na głowach z psami przewodnikami na najwyższy szczyt Chorwacji. Około 5.30 byliśmy już na samej górze. Po odtańczeniu kolejnej części tańca i zrobieniu zdjęć, zmierzaliśmy w dół obserwując promienie wschodzącego słońca.

Będąc przy namiotach, zdecydowaliśmy o czasie na chwilkę regeneracji, gotowanie i ruszamy w stronę Polski, zahaczając jeszcze o stolicę ostatniego z odwiedzonych przez nas państw bałkańskich. Szybkie zwiedzanie Zagrzebia połączone z poszukiwaniem obiadu dobiegło końca i przyszło nam się pożegnać z majówką.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W niedzielę tuż nad ranem przywitaliśmy z niechęcią Wrocław. Próbując wyprosić u Pani Prezes powrót na Bałkany…

 

Dodaj komentarz