W pewien kwietniowy weekend, a mianowicie 12-15 kwietnia, ekipą Olimpowiczów, wyruszyliśmy na podbój najwyższego szczytu Alp Algawskich, tj. Grosser Krottenkopf. Zapakowani w 4 samochody, bez większych komplikacji, dojechaliśmy do Oberstdorfu, gdzie corocznie odbywają się zawody w skokach narciarskich, przez co jest to miasto, które odwiedza wielu kibiców tego sportu niemal z całego świata. Podczas naszej wizyty jednak Oberstdorf niczym nie przypominał tego, który w sezonie tętni życiem i roi się od turystów.


Po ulokowaniu się na parkingu i krótkiej drzemce samochodowej wyruszyliśmy na szlak. Po uprzednim rozeznaniu trasy, w oparciu o dostępne nam źródła, dzień po całonocnej podróży miał być lekki i tylko podejściem do schroniska, które miało znajdować się niecałe 3h marszu od parkingu. Czas naszego wyjazdu nie był wymarzony, bo trafiliśmy na okres, gdzie zaczynały się roztopy. Po drodze mijaliśmy ślady po osuniętym śniegu, a nawet podczas jednego z postojów udało nam się zobaczyć lawinę! Schodzący z wysokich pionowych skał górskich śnieg robił wrażenie wodospadu połączonego z dźwiękiem ostrej burzy, był pokazem potęgi i siły natury. Dla niektórych uczestników wyprawy była to pierwsza oglądana na żywo lawina, została więc przez nas nazwana- lawiną Chihuahu’y 😉


Niestety biorąc pod uwagę czas, który niemal dwukrotnie przekroczył planowany i warunki, które mogły nas zastać przy opuszczaniu góry w ciągu kolejnych dni, a co za tym idzie, nasze bezpieczeństwo, został zarządzony przez Panią prezes powrót do samochodów, gdzie miał zostać ustalony plan na kolejny dzień. W sobotę, pełni energii z rana, wyruszyliśmy w stronę nowego celu. Po pokonaniu sporego odcinka znaleźliśmy potencjalne miejsce noclegu, gdzie zostawiliśmy niepotrzebny balast jak namioty, śpiwory i maty, które schowaliśmy w koronach drzew lub pozawieszane na gałęziach. Częściowo odciążeni ruszyliśmy w dalszą drogę, która nie zakończyła się na szczycie jednak, biorąc pod uwagę teren i wczesną porę dostaliśmy trochę czasu w najwyżej przez nas zdobytym punkcie na zdjęcia, relaks i zasłużony odpoczynek. Po zejściu z góry upodobaliśmy sobie nieczynne  schronisko jako bazę do przyrządzenia posiłku, wysuszenie przemoczonych rzeczy i wygrzewanie się na słonku, a nawet opalanie. Gdy słońce zaczęło chować się za górami, udaliśmy się do miejsca wyznaczanego wcześniej na nocleg i rozbiliśmy obóz. Nocą można było usłyszeć 3-4 schodzące lawiny (w zależności od osoby zdającej relację). Z rana udaliśmy się do samochodów i wyruszyliśmy w kierunku Polski.

Dodaj komentarz