Szkolimpolenie 2017- Totes Gebirge

Po dwuletniej przerwie, członkowie Olimpu ponownie mieli okazję brać udział z Szkolimpoleniu. Nie licząc Agi, nikt z na nim obecnych nie uczestniczył w poprzednim – taką mamy prezes-weterankę 😉 Tegoroczne szkolenie odbyło się w dniach 16-19 marca, pod Warschneckiem (2388m. n.p.m.), znajdującym się w paśmie Totes Gebirge. Organizatorami byli Aga i Rafał. W planach było szkolenie z posługiwania się czekanem i właściwego użycia raków, jak również lawinówka, a to wszystko przy okazji zdobycia dwutysięcznika. Tym razem, ze względu na pogodę, musieliśmy ograniczyć plany, o czym poniżej.

Wyjechaliśmy w czwartek wieczorem, z jakże charakterystyczną dla Olimpu obsuwą czasową (jak zawsze przydatną, pozwoliła ona niżej podpisanej zdobyć kartusz gazu, którego zapomniała spakować). Przejazd dwoma busami zajął naszym dzielnie niezmieniającym się za kółkiem kierowcom, Arturowi i Rafałowi około 10 godzin. Po taktycznej, trzygodzinnej drzemce przy parkingu (w zależności od preferencji w namiocie lub pod gołym niebem), pozostała już tylko godzina mknięcia po szosie. Zaparkowaliśmy przy początku szlaku prowadzącego na Warschneck, przy miejscowości Hinterstoder.

Po przepaku i śniadaniu, koło jedenastej, wyruszyliśmy w trasę. Kilka pierwszych godzin podejścia przez las upłynęło na oglądaniu zza okularów przeciwsłonecznych sąsiednich szczytów. Po dotarciu do schroniska, pogoda nie była już niestety tak sielska, jak również nigdzie w okolicy nie było miejsca na rozbicie ośmiu namiotów. Po rozmowie z właścicielami schroniska, upewniliśmy się, że wejście na szczyt jest w najlepszym razie niepewne, a w danym dniu z pewnością niemożliwe. Plusem było to, ze doradzili nam dobre miejsce na rozbicie się. Plan działania na sobotę został więc uzależniony od warunków z rana.  Jako że dzień był jeszcze długi, Aga z Rafałem poszli przygotowywać teren na szkolenie, podczas gdy reszta grzała się w schronisku i grała w mafię. Szkolenie z raków i czekana poprowadził Rafał, z pełnym poświęceniem demonstrujący techniki hamowania przy zjazdach. Zyskaliśmy wiedzę praktyczną, mnóstwo radochy z co lepszych zjazdów i  siłą rzeczy, śnieg pod odzieżą wierzchnią. Jak się okazało, była to niewinna zapowiedź tego, co nasze mniej lub bardziej nieprzemakalne ciuchy czeka dnia następnego.

Ranek minął na chillowaniu w śpiworach, ponieważ nieustannie lało. Aga z Rafałem postawili jednak śmiałą hipotezę: nie jesteśmy z cukru, idziemy w trasę. Trzeba to było zweryfikować, także w południe, gdy wszyscy już wypełzli z suchych namiotów, znaleźliśmy się z powrotem na szlaku. Po tylu przejechanych kilometrach dobrze było zrobić chociaż pięciogodzinny trekking. Mimo, ze dość krótki, to intensywny dla osób idących z przodu, ponieważ jedną trzecią trasy trzeba było torować.  Kolejny raz okazało się, ze nie ma mocnych na mokry śnieg i nieustanny deszcz. Po powrocie do namiotów można było spokojnie wyżymać kurtki.

W niedzielny poranek, po sprawnym spakowaniu, ruszyliśmy w dół do busów. Przy nieustannym deszczu nie pozostawało nam niestety nic innego. Droga powrotna do Wrocławia upłynęła jednej ekipie w busie przy wtórze muzyki klasycznej i filmowej, drugi wolał wspominać przeboje z dzieciństwa. Podsumowując, cel wyjazdu, czyli szkolenie, został zrealizowany z sukcesem, jednak w Totes Gebirge wypada kiedyś wybrać się drugi raz, żeby zdobyć szczyt, albo poprowadzić drogi wspinaczkowe na sąsiednich zboczach. Do tego potrzeba oczywiście umiejętności, ale na pewno uda się je zdobyć, bo w Olimpie ambitnych wspinaczy nie brakuje ;p

Do następnego!

Ola Totoń

Dodaj komentarz