Mieliśmy pojechać w Tatry w listopadzie
Lecz zmieniono zdanie po śniegu opadzie.
Decyzja więc padła: jedziemy w Bieszczady
Nie zaskoczą nas tam gwałtowne opady.

Władze wynajęły autokar calutki
Nie zabrakło nam w nim nawet Soplicówki.
Integracja w środku była na całego
Choć połowa busa rekruta nowego.

Minęła nam droga – osiem godzin z hakiem
I czas było ruszać w góry żółtym szlakiem.
Na początku błota trochę doskwierały
Lecz już nieco wyżej pod śniegiem znikały.

Tak więc dzielnie szliśmy wśród śniegu i lasu
Robiąc krótkie przerwy od czasu do czasu.
Jeszcze przed południem doszliśmy na górę
Nie chronią nas drzewa już swych koron murem.

Śniegiem w nas zacina, wiatr utrudnia ruchy,
Nikt się nie spodziewał takiej zawieruchy.
Ale niedaleko do Puchatka Chatki –
Zaraz napijemy się ciepłej herbatki.

Wtem problem pojawił się na schronu przyzbie –
Jak czterdzieści osób zmieścić w małej izbie?
Zamiast więc odpocząć, ruszyliśmy w drogę
Chociaż zejście śliskie i budzące trwogę.

Rozciągnęła się nam grupa niesłychanie
Niezbędnym więc było na nią zaczekanie.
Przerwa na parkingu była więc zrobiona
By móc się posilić i z głodu nie skonać.

Wybrańcy dostali babki doskonałe
Chociaż rozpłaszczone, zgarnęły pochwałę.
Zielony karbidem grzeje swoje żarcie
Gdy się rozpoczęło śniegowe natarcie.

Nie szczędzono nawet prezesa byłego
Dostał Kuba śnieżką od podopiecznego.
Ale kończyć trzeba ten postój pod lasem
Schronisko daleko, krucho u nas z czasem.

Po asfalcie reszta drogi nam wypadła
Zanim dotarliśmy, ciemność już zapadła.
Ale wreszcie koniec, schronisko przed nami -
Metalowe prycze przykryte kocami

Tu będziemy spali dwie najbliższe noce
Nie ma ogrzewania, wiatr w szyby łomoce.
Ale to nieważne, że trudne warunki
Rozgrzeją nas przecież Soplicowe trunki.

Siedzimy więc wokół Emerytki wspólnie,
Pijemy, śpiewamy, jest głośno ogólnie.
Zaciągnął nas Kuba do takiej zabawy
W powtarzanie imion członków tej wyprawy.

Dobrał sobie każdy przymiotnik do tego
I tak zaczęliśmy od ruszającegogo.
Potem był banalny, no i kochająca
A wraz z mega Magdą doszliśmy do końca.

Gdy minęła nocka, wstawać było trzeba
Zjeść jakieś śniadanie, czy kawałek chleba.
O 10 wyjście – celem jest Tarnica
Marsz jest już na lekko, nie ciąży Soplica.

Mimo tego musiał incydent się zdarzyć
Ingo spodnie rozdarł - mógł dresy rozważyć.
Jeansy jednak drugie miał w swoim plecaku
Idziemy więc w górę, po czerwonym szlaku.

Choć warunki trudne i na górze dmucha
Nam nie straszny śnieg jest, ani zawierucha.
Tarnicę więc wszyscy z Olimpu zdobyli
Pamiątkowe zdjęcie pod krzyżem zrobili.
Nawet gołe klaty chłopcy pokazali
Oraz z gołym tyłkiem na tym mrozie stali.

Zejście było trudne – bo śliskie miejscami
Często więc kończyło się to wywrotkami.
Lecz się bez kontuzji trasa zakończyła
Tylko gdzieś Alina telefon zgubiła.

Więc gdy wszyscy ładnie bawili się w kijki,
Zielony się wrócił po zgubę Alinki.
I gdy już nadzieję rześmy utracili
Wtedy to znalazcy do nas zadzwonili.

Wieczór więc kolejny przebiegł na zabawie
Oraz rozmyślaniach o sanockiej wystawie.
Plany jednak trochę zmieniła śnieżyca –
W góry nie pójdziemy, choć widok zachwyca.

Wyjazd do Sanoka też jest zagrożony,
Bo autokar musi jechać z drugiej strony.
Nie wiadomo jednak, czy w ogóle da radę,
Bo GOPRowcy robią na drodze blokadę.

Przyszło więc załatwić transport do Wetliny
I tak nadużyliśmy w schronisku gościny.
Grzejnik przez nas zdjęto z łazienki ze ściany
Za to, że ciuchami był poobwieszany.

Ta nasza historia kończy się szczęśliwie –
Siedząc w autokarze przy bieszczadzkim piwie.
Do Wrocławia powrót także całkiem sprawny –
Szybki, śpiewny, huczny, do tego zabawny.

Ja też tam z nimi w tych Bieszczadach byłam
Może nie Soplicę, ale wodę piłam.

Pod natchnieniem Olimpu 🙂
Anna Nowakowska

Dodaj komentarz