Nie jest łatwo opisywać wyprawę, która trwała prawie 3 tygodnie. Mnóstwo niesamowitych wydarzeń, inspirujący ludzie i niezwykłe miejsca na zawsze pozostaną w naszej pamięci.

Na początku chciałbym pozdrowić serdecznie Panią, z którą podróżowałem do Warszawy. Przesyłam gorące pozdrowienia dla Jej siostry, która zachowuje pogodę ducha, mimo nierównej walki ze stwardnieniem rozsianym. Również chciałbym pozdrowić córkę chorej, która dzielnie opiekuje się mamą.

pakowanieNaszą podróż do Gruzji nie obyła się bez całego zamieszania związanego z pakowaniem, organizowaniem biletów lub załatwianiem wielu rzeczy na ostatnią chwilę. Jaka była moja radość, gdy zobaczyłem 3 bagaże rejestrowane, ważące łącznie 100kg. Dobra robota! 3 bagaże na 6 osób; dobry wynik! Tylko, jak to się stało, że w drodze powrotnej to wszystko ważyło 70kg łączenie z gruzińskim winem? To chyba magia ubierania na siebie wielu warstw odzieży plus czapeczki w postaci kasków.

Czas ruszać! Napełnieni nadziejami na nadchodzący wyjazd. Zabraliśmy ze sobą nasze wyobrażenia o Gruzji. Jak będzie? To się dopiero okaże.

IMG_3113Skład Ekipy? Od Lewej Szymon – człowiek o wielu pytaniach, Łosiu (ja), ale co tam będę o sobie pisał, Ola – oaza spokoju, Kuba – śmiało mogę napisać, wówczas prezes , Agnieszka – wiecznie roześmiana i Rafał, który na wyjeździe zdobył nie tylko Kazbek… Podczas wyprawy wszyscy pobiliśmy swoje rekordy; wysokości, wytrzymałości, ilości chorób, oddanych i przyjętych płynów (ta gruzińska czacza), śmiechu, radości i dobrej zabawy.

Dużym sukcesem było, to że przez cały wyjaIMG_2895zd się dogadywaliśmy. Nie jest łatwo podróżować w 6 osób przez tyle dni. Każda decyzja zajmowała nieco więcej czasu, nasze potrzeby były różne; ktoś lubił sobie trochę dłużej pospać a ktoś krócej. Ktoś nagle poczuł się zmęczony, inny natomiast tryskał wtedy energią. Jeden chciał jeść, inny wcale, ktoś pakował się w mgnieniu oka, kiedy kolejny dopiero wystawiał głowę z namiotu. Mógłbym tak wymieniać bez końca. Myślę, że potrzebowalibyśmy roku, żeby się do siebie w miarę dostroić. Na szczęście jeszcze nie jeden wyjazd Klubowy przed nami. Jeździć z Olimpem warto! Zgranie i umiejętność zachowania się w zespole wychodzi najbardziej na takich wyjazdach jak nasz na Kaukaz.

IMG_2917Ale do rzeczy! Tak więc coś o akcji górskiej. Mięliśmy 7 niezapomnianych dni w górach (w tym tylko jeden zajęło nam zejście na sam dół). Rozpoczynaliśmy z miejscowości o nazwie Kazbegi. Przyjechaliśmy do niej po południu i tego samego dnia wyruszyliśmy. Szybko przyszedł wieczór, dlatego swój pierwszy obóz rozbiliśmy na wys. 2000 m zaraz obok słynnego kościółka Gergeti. Zauroczeni miejscem i znużeni stromym podejściem przystąpiliśmy do…. integracji. No tak, wiadomo, że namioty trzeba rozbić. No ale… skoro już spotkaliśmy kolegów z Polski (pozdrowienia dla Wojtka i Krzyśka), no to jakby tutaj nie wyciągnąć Czaczy, skoro Oni przywitali nas winem… Nazajutrz bardzo wolno się wchodziło.

Oj, to był ciężki poranek. Nie rekompensowały go nawet widoki pośród, których można było dostrzec cel naszej wyprawy; za chmurami, na przemian wyłaniał się i chował Kazbek. Czas się zbierać. Jeszcze wtedy łudziłem się, że obóz zwiniemy w mniej niż godzinę. W kolejnych dniach coraz bardziej przyzwyczajałem się do faktu, że wstawanie szóstki osób ze śniadaniem i zwinięciem obozu to koszt co namniej 1.5 godziny. Takie długotrwałe “zbieranie się” stanowiło jednak swogo rodzaju „przyjemne rozleniwienie”.

IMG_2999Tego dnia dotarliśmy na 3000 m. Część z nas podjęła wyzwanie i wykąpała się w lodowatym strumieniu. Była mgła. Wszyscy byliśmy zmęczeni poprzednim wieczorem. Ten obecny zapowiadał się na interesująco. Wspólna gra w karty, rozmowy z „sąsiadami” z Ukrainy, śmiech, zabawa no i… podziwianie pięknego nieba. Oświetlony przez Księżyc Kazbek i Wielki Wóz, który ukazał się zaraz nad nim, robiły na nas wrażenie nie do opisania słowami. To był jeden z momentów dla których warto chodzić w góry.

Trzeciego dnia postanowiliśmy… zostać na 3000 m o jedną noc dłużej. Powód – zapasy żywności. Schodziło 150 procent zaplanowanej racji. Przy takim tempie, nie mamy jedzenia na złą pogodę. Jako, że nie miałem żadnej kontuzji i czułem się względnie na siłach, postanowiłem zejść po zapasy. A więc 7 km w poziIMG_2962omie i 1200m w pionie po trochę kaszy i makaronu, no i oczywiście pomidory i kiełbasa! Reszta ekipy tego dnia zaniosła dużą cześć ekwipunku pod stacje Meteo na ok. 3600 m. Czekała nas kolejna przepiękna noc (byłaby idealna na atak szczytowy).  Nadchodzi dzień czwarty.

Choroba wysokościowa powoli dawała nam się we znaki. Już drugi i trzeci nocleg był dla nas jakiś taki niespokojny. Przewracaliśmy się z boku na bok, nie mogliśmy spać, trochę się wierciliśmy. Powyżej 3500 m. niektórych zaczęła boleć głowa. Gdy rozbiliśmy obóz na 3900 m., koło „Czarnego Krzyża”, w ekipie zaczęły się pierwsze narzekania na nudności. W nocy pojawiała się gorączka. Dopadał nas też katar, a nawet atak zadyszki. Mimo trudności nie zrezygnowaliśmy z wieczornej gry w karty. Czekała nas aklimatyzacja i atak szczytowy. Pogoda przepiękna, z prognozą na pogorszenie.

IMG_3043Dzień 5, czyli aklimatyzacja, powitał nas lekką pokrywą śnieżną. Gdy wyruszyliśmy, celem było wejście na 4500 m. Skończyło się na 4150 m. Zatrzymała nas spora lawina kamienna, która stoczyła się pod nasze stopy, śnieżyca, wiatr i zagrożenie szczelinami, obok których lepiej było przechodzić w pełnym ekwipunku. Odwrót przeważył wyraźny spadek kondycji niektórych członków zespołu. Ale nic straconego. Już na tym etapie każdy metr to dla większości rekord. Przez resztę dnia poćwiczyliśmy techniki linowe. Poszliśmy spać z planem „ewentualnego” ataku szczytowego.

Atak szczytowy dnia szóstego zaczęliśmy o 2.40 w nocy. Już o 1.30 chmury zaczęły się obniżać, co przekonywało nas, że jednak dzisiaj wyjdziemy. Do tego mocne światło księżyca, lecz mroźny, porywisty wiatr. Cóż, najwyżej zawrócimy. Wyszliśmy w czwórkę, po godzinie marszu zaskoczyła nas decyzja Agnieszki o jej wycofaniu. Po tym jak przez 3 kolejne dni walczyła z wysoką gorączką okazało się to bardzo odpowiedzialne. Następnym razem Aga! Wiemy, że dasz radę 😀

IMG_3060Droga na szczyt bardzo się dłużyła. Z każdym metrem było coraz ciężej. Wokół nas najpiękniejsze widoki jakie można zobaczyć na tej ziemi, a w środku czuliśmy, że zaraz padniemy. Takie piękno, a tak mało siły, żeby je podziwiać. Wchodziliśmy coraz wyżej i wyżej, aż w końcu zaczęło się przejaśniać. Ze zniecierpliwieniem czekaliśmy na słońce, które poczuliśmy dopiero przed samym szczytem. Mięliśmy bardzo dobry czas. Po drodze, z trudem zjedliśmy kawałek batonika. W ogóle nie chciało się jeść. Nawet do picia trzeba było się mocno zmuszać. Ta technicznie nietrudna góra, potrafi naprawdę dać w kość. Wyprzedzaliśmy po drodze inne ekipy, co kosztowało nas bardzo dużo. Nie można było przecież ponownie dać się wyprzedzić. Natomiast powolne chodzenie za nimi też nie było dobrym rozwiązaniem. Jak bardzo byliśmy zmęczeni? Nie było siły nawet na myślenie, a co dopiero na ratowanie kogoś ze szczeliny.

IMG_3087Udało się! Zdobyliśmy szczyt! To pierwszy 5 tysięcznik w naszym życiu; euforia, radość, śmiech. Uściskaliśmy się, zrobiliśmy zdjęcia z flagą, z dumą oglądaliśmy widoki wokół. Żeby tego było mało Kuba się… oświadczył. To było wielką tajemnicą, ale teraz mogę śmiało o tym pisać. Kuba nagrał filmik z 5 tysięcznika, z oświadczynami dla Oli. Oczywiście gest powtórzył osobiście po powrocie do Polski podczas wspólnego oglądania zdjęć z Gruzji. Olimp łączy ludzi. Ola powiedziała TAK!

IMG_3371Co było dalej? Wydarzeń co najmniej na kolejną relacje. O kulturze gruzińskiej kiedy indziej lub przy piwie, ale zanim zakończę, chciałem pozdrowić Roberta i Przemka i podziękować za inspirujące rozmowy oraz Julię za oprowadzanie po malowniczych rejonach Kachetii. Zapraszam jeszcze do obejrzenia filmu z wyjazdu:

Dodaj komentarz