Mont Blanc i Mont Blanc du Courmayeur

Skład: Adam Karasewicz, Łukasz Herman, Natalia Ciechurska, Aneta Jędrzejewska

Termin: 17-20 lipca 2016

 

                Mont Blanc siedział mi w głowie już od bardzo dawna, choć kolekcjonując szczyty z Korony Europy przez długi czas odsuwałem go „na później” – w końcu to najwyższy szczyt Starego Kontynentu, trzeba do niego podejść z należytym szacunkiem i najpierw nabrać doświadczenia na jego niższych, co nie oznacza łatwiejszych, górskich kuzynach. I tak systematycznie, powoli, z roku na rok dochodziło coraz więcej szczytów z Korony, aż w końcu w zeszłym roku rozpocząłem pierwszą rundę z Białą Górą. Była to bardzo krótka runda, ponieważ skończyła się już na kampingu u podnóża Dachu Europy – gdy zwarci i gotowi siedzieliśmy na spakowanych plecakach, dostaliśmy informację o zamknięciu drogi przez Gouter z powodu śmiertelnych wypadków, które miały miejsce niemal codziennie w osławionym przez lawiny kamienne Wielkim Kuluarze. Musieliśmy chcąc nie chcąc skapitulować i uderzyliśmy na cel zastępczy, jakim był Breithorn.

                Do drugiej i zarazem ostatecznej rundy doszło w lipcu tego roku. Po tygodniu spędzonym na Monte Rosie, trzech noclegach na 4000m na lodowcu Grenzgletscher i zdobyciu 5. i 6. szczytu Alp (Zumsteinspitze i Punta Gnifetti) wejście na Mont Blanc przy dobrej prognozie zapowiadało się na czystą formalność.  Dojechaliśmy na camping do Les Houches, pakowanie, piwko, pizza, prysznic, spać. Rano jakaś słodka francuska bułeczka na śniadanie i ani się obejrzeliśmy, a już wysiedliśmy z tramwaju na Nid d’Aigle. Stamtąd razem z tłumem ludzi do góry w kierunku schronu Forestiere, a następnie w towarzystwie kozic zakosami do Tete Rousse. I tutaj spotkało nas coś, co potem powtarzało się dość często. Ludzkie odchody: na szlaku(!), za kamieniem, pod kamieniem, obok kamienia, z papierem, bez papieru, w każdej możliwej konsystencji. Tak zafajdanej góry jeszcze w życiu nie widziałem. Rozumiem, że czasem zdarzają się sytuacje krytyczne, ale do jasnej cholery, można to zrobić w bardziej dyskretny sposób, niż na środku szlaku! Dobrze, że nóż miałem w klapie plecaka, bo w kieszeni sam by się otworzył. Wracamy do tematu.

       No więc dochodzimy do Tete Rousse i rozbijamy się na pięknie przygotowanych w śniegu platformach, słońce grzeje niemiłosiernie, więc ściągam koszulkę (będę tego później żałował) i rozpoczynamy gotowanie, picie i tak w kółko. Mamy sporo czasu, więc nigdzie się nie spieszymy. Wyjście zaplanowaliśmy na godzinę 2.00.ncne wchodzenie W międzyczasie obserwujemy, jak słowacki przewodnik uczy swoich podopiecznych zakładać raki i uprzęże. I tutaj po raz kolejny zbiera mnie na przemyślenia. Po co pchać się na Blanca, skoro nie umie się nawet samodzielnie założyć raków? Ja wiem, że to najwyższa góra, must have dla wielu osób, w dodatku wcale nie taka trudna, a w dzisiejszych czasach tłusty portfel otwiera drogę nawet totalnym żółtodziobom na niemal wszystkie szczyty, z Everestem włącznie. Tylko po co? Podczas gdy Słowacy już kończyli wiązać raki, jestem świadkiem kolejnej ciekawej sytuacji: młody chłopak nieokreślonej narodowości, którego ubrania warte są więcej niż sprzęt całej naszej czwórki z namiotami włącznie, pyta prowadzącego go na smyczy przewodnika, „dlaczego ludzie tutaj biwakują w namiotach?” na co nieco zniesmaczony przewodnik odpowiada „by oszczędzić pieniądze”. Do tego dodał, że nocują tu głównie Polacy i młodzi ludzie z innych krajów. Dla chłopaka to abstrakcja, przecież zaraz obok jest schronisko, w którym za jedyne 48 euro można się wygodnie wyspać.

            My wyspaliśmy się wygodnie w namiocie, o 1 w nocy obudził nas dźwięk budzika i wtórujący mu odgłos spadającej kuluarem lawiny kamiennej. Ja jak zwykle do ostatniej chwili odkładam wstawanie, ale w końcu trzeba się zebrać, wcisnąć w siebie truskawkowy Mleczny Start i na dobre opuścić przytulne wnętrze ciepłego śpiwora. Ok, w świetle czołówek idziemy zakosami do kuluaru, chwilę nasłuchujemy – cisza. Przechodzimy więc bez przygód na drugą stronę i zaczynamy przyjemną wspinaczkę na Aiguille du Gouter. Idzie nam to całkiem sprawnie, mimo ciemności dość łatwo wyszukać trasę do góry, więc po ok. 2,5h od wyjścia z namiotu jesteśmy już na grani. Podchodząc nią w jedynym słusznym kierunku czekamy na wschód słońca, który trochę nas rozgrzeje. Mimo dobrej aklimatyzacji, podchodzi się dość ciężko i mozolnie. Mijamy z lewej strony Dome du Gouter, opierając się pokusie zaliczenia tej czterotysięcznej bałuchy i w końcu dochodzimy w pobliże schronu Vallot. Mając na uwadze opowieści ludzi, którzy mieli „przyjemność” do niego zajrzeć, a także obserwacje własne z dotychczasowej drogi, omijam go z daleka, ponieważ nie mam ochoty podziwiać ludzkich, przykrytych papierem toaletowym, fekalistycznych dzieł sztuki.

            Trasa z Vallota ciągnie się niemal w nieskończoność. Po drodze mijamy miejsce niedoszłej (na szczęście!) tragedii Pawła Kudły – szczelina na grani, która zimą niemal go nie zabiła, teraz przeobrażona jest w wygodną ścieżkę wykutą w jej ścianie. Po jej pokonaniu zostaje już tylko doczłapanie do szczytu po wąskiej grani Bosses. Niemal punktualnie o 10 spotykamy się na szczycie całą czwórką (szliśmy niezwiązani) i przemieszczamy się do samego końca zwieńczenia szczytowego, bo w planach mamy jeszcze przejście granią na włoski wierzchołek, czyli mierzący 4748m Mont Blanc du Courmayeur. Aha, byłbym zapomniał. Zgadnijcie, co znaleźliśmy na Dachu Europymb szczyt. Najwyżej położona na Starym Kontynencie ubikacja. Brak słów. Może to był jakiś challenge? „Co, nie postawię klocka na Mont Blanc? Potrzymaj mi piwo!”… Natalia zaczyna schodzić w kierunku Vallota, a my w trójkę schodzimy na przełęcz w kierunku Courmayeur. Po drodze mijamy zakamuflowaną pod śniegiem szczelinę – trasa nie jest zbyt uczęszczana. Decydujemy, że trzeba się związać. Dodatkowo, zbocze opada stromymi śniegami na stronę włoską, więc czujni jak wiewiórki trawersujemy je, wbijając się czekanami.

           Dochodzimy pod najwyższy wierzchołek słonecznej Italii i ostrożnie podchodzimy do góry, nie stajemy na samym jego czubku, bo jest na nim ogromny nawis, który obciążony w każdej chwili może się zerwać, fundując nam lot koszący do podstawy ściany. Mój szczyt nr 20 w Koronie zaliczony, czas spadać (schodzić?) na dół. Ale zanim na dół, najpierw trzeba do góry, z powrotem na wierzchołek francuski. I tutaj dopada mnie kryzys – czuję się bardzo dobrze, w dół i po płaskim schodzę bez problemu, ale każdy krok pod górę to walka podobna do tej pod Termopilami. W końcu udaje mi się jednak doczłapać z powrotem na szczyt, siadam i myślę: pora umierać. Zjadam owocowego batona, po czym jednak zmieniam zdanie i zaczynam schodzić. Wyprzedzam po drodze jakąś profesjonalnie i jednolicie ubraną ekipę, schodzącą tak żółwim tempem, że nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się że schodzą do teraz. Spotykamy się ponownie całą czwórką przy Vallocie i schodzimy już razem. Zejście do schroniska Gouter idzie nam sprawnie, chociaż stopy i kolana błagają już o litość, lub choćby krótką przerwę. W schronisku zjadamy Dish of the Day, czyli o g r o m n y półmisek ziemniaków zapiekanych z boczkiem i serem, dowiadujemy się od będących tam Polaków, że spali w schronisku, a jako że nie mieli wcześniejszej rezerwacji, a nie było wolnych miejsc, zostali zakwaterowani na podłodze w pełnej śmierdzących butów i mokrego sprzętu szatni. Cena takiej przyjemności: 80 euro. Wierzyć się nie chce. Byznes is byznes, Winnetou. Naładowani ziemniaczaną energią schodzimy grzbietem Aiguille du Gouter w kierunku kuluaru i co chwila przystajemy, żeby z trwogą oglądać zjeżdżające co chwila lawiny kamienne. Aż strach pomyśleć, że za chwilę czeka nas przechodzenie przez to na drugą stronę… Dochodzimy wreszcie do tego ogarniętego złą sławą miejsca i wygląda na to, że czeka nas prawdziwa rosyjska ruletka. Jakby tego wszystkiego było mało, środkiem kuluaru płynie błotnisty, rwący potok, utrudniając dodatkowo trawers. Pierwsza przechodzi Natalia, chwilę później Aneta. Kiedy już Łukasz jest gotowy do startu, głuchy odgłos obijających się o skały kamoli mrozi nam krew w żyłach – przytulamy się jak najszybciej do skał i wtedy nad naszymi głowami przelatuje pralka, albo głaz jej wielkości, nie jestem pewien. Leci z taką prędkością, że w życiu bym nie przypuszczał, że coś tak wielkiego może zasuwać tak szybko. Dodatkowo kręci się z dużą częstotliwością wokół własnej osi, wydając dzięki temu piekielny furkot. Po jakimś czasie sytuacja trochę się uspokaja i Łukasz może przebiec na drugą stronę. Teraz ja. Dziewczyny machają mi, że droga wolna – dzielnie stoją po drugiej stronie i nie bacząc na niebezpieczeństwo, kierują ruchem. Czekan w ręce, kask na głowie – ruszam! Zrobiłem może z pięć kroków i słyszę krzyki z tyłu – „Stop! Rocks are falling!”. Cała wstecz! W roztopionym śniegu przewracam się, próbuję wstać, ale śnieg ciągle mi na to nie pozwala, więc praktycznie na czworakach udaje mi się wrócić i schować się z powrotem za bezpieczną skałą. Serce wali mi jak szalone, oddech mam krótki i płytki, a dziewczyny znowu krzyczą, że droga wolna. Teraz albo nigdy! Przebiegam przez śnieg, potem przez potok po kamieniach, znowu przez śnieg i jestem po drugiej stronie.omijanie kolejki Wszyscy czym prędzej schodzimy ze skał. Uff, udało się. Bezpieczeństwo.

         Chyba jeszcze nigdy się tak nie bałem. Dochodzimy do namiotów i na odstresowanie Natalia wyciąga piersiówkę z porzeczkówką, którą trzyma na specjalną okazję od samego początku wyjazdu. Warto nadmienić, że w międzyczasie stuknęła jej, hmmm.. osiemnastka, ale nie była to widocznie wystarczająco ważna okazja, by ją otworzyć. Teraz nie miała już wyjścia. Rano zwijamy nasze namioty, a mi nie daje spokoju fakt, że rozbiliśmy się koło żółtego Marabuta, w którym nie było wtedy nikogo. Teraz, gdy schodzimy już na dół, ten namiot wciąż stoi pusty. Idę więc do schron   iska sprawdzić, kto i kiedy zameldował się w nim. Okazuje się, że Polacy, którzy byli jego właścicielami, wpisali się do księgi już 14tego lipca, a planowaną datę zejścia ustalili na 16tego. Jest już 20sty. Informuję o tym fakcie górską żandarmerię, która zainteresowała się sprawą. Do dziś nie wiem, jaki był dalszy los tego namiotu i jego właścicieli. Schodzimy z powrotem na camping do Les Houches i teraz czeka nas zasłużony odpoczynek. I piwo. Albo siedem, nie pamiętam.

                13698097_1124229030984379_6172229412516386706_oMam mieszane uczucia co do tej góry. Podchodziłem do niej z dużą dozą respektu, długo nie czułem się w pełni gotowy, by samemu zorganizować wyprawę na Mont Blanc. Z jednej strony jest to potężny kolos, który – jeśli będzie miał taki kaprys – może rozprawić się z każdym. Co roku na jego stokach ginie wiele osób, Wielki Kuluar jest świadkiem setek dramatów. Niewiele brakowało, byśmy sami stali się uczestnikami jednego z nich. Z drugiej strony, nie ma w Europie tak skomercjalizowanej góry – przewodnicy, prowadzący nie mających zielonego pojęcia o alpinizmie ludzi, masa komercyjnych „wypraw”, uwiązani na sznurku jak na smyczy „alpiniści” – to wszystko sprawia, że wejście na Mont Blanc jest w mojej opinii maksymalnie zdeprecjonowane. Do tego jeszcze te zanieczyszczenia.. to wszystko sprawia, że nie mam zamiaru wracać na tą górę. Jest wiele szczytów, na które ludzie wchodzą dlatego, że to kochają. Tutaj wchodzi się, bo jest naj. Jednak żadna góra dotąd nie zamanifestowała mi tak dobitnie, jak łatwo może się rozprawić z ludzkim istnieniem. Nie zapominajmy więc, że nawet w najbardziej ujarzmionych przez człowieka górach, to my jesteśmy gośćmi. A władcą jest Matka Natura. I należy to uszanować.

Na zakończenie zapraszamy do obejrzenia filmiku z wyjazdu 🙂

(fot. [A]dveture [T]eam [W]rocław)

Dodaj komentarz