Za nami już 3 chill-bill’owy wyjazd, tym razem podbiliśmy serce Babiej Góry. Przygody towarzyszyły nam od samego początku podróży, kiedy to w pociągu konduktor zrobił dziewczynom prima aprillisowy “nieżart” – brak podbicia legitymacji studenckiej skutkuje dopłatą za przyjemność wożenia się koleją. Dotarliśmy do Zawoi ok 20 skąd wyruszyliśmy do schroniska Markowe Szczawiny. Niedługo po rozpoczęciu wędrówki natrafiliśmy na piękne bagna, które okazały się skutkiem zboczenia ze szlaku – no bo jakby mogłoby być inaczej. Chwilę przed 22 zameldowaliśmy się w schronisku, gdzie dostaliśmy glebę na strychu. Wielkie pomieszczenie było zaopatrzone w kilka łóżek i materacy, dzięki czemu spaliśmy w pełnym komforcie. Wieczór przy kolacji umilił nam Tomek – nowy pracownik, który okazał się niezwykle towarzyską i pomocną osobą.

Sobotni poranek od początku zapowiadał słoneczna pogodę. Na szlaku, dzięki jednemu z uczestników wyprawy – Rafałowi – kawałek plastiku okazał się prawdziwym wehikułem czasu, dzięki któremu mogliśmy znów poczuć się jak dzieci. Zjazdy na dupolocie, jabłuszku czy jak kto to nazywa, okazały się niesamowitą frajdą. A dodatkową atrakcję zapewnił nam Czarek, kiedy wylądował prosto w gałęziach choinki (to była jedyna choinka na tej polanie).

Na podejściu pod Małą Babią ukazały się pierwsze zarysy Tatr. Niesamowite widoki towarzyszyły nam przez całą wyprawę, słońce stale dodawało nam energii, a zmarznięty śnieg pięknie skrzypiał pod naszymi butami. Lekkie zejście i kolejne podejście na grań Diablaka – raz po skałach, raz po lodzie. Atak szczytowy w pełnym słońcu z panoramą Tatr w tle został zakończony <w składzie Adam, Aga, Ola, Rafał i Czarek> i zwieńczony krótką sesją zdjęciową.

Ze szczytu wracaliśmy w super nastrojach, rakach i z połamanym jabłkiem w dłoni. Schodząc w stronę przełęczy Krowiarki przyglądaliśmy się ze współczuciem turystom zmierzającym w przeciwnym kierunku bez raków, których to fenomen mieliśmy szczęście odkrywać, po tym jak, z początku niby dla zabawy, założyliśmy je na szczycie. Trasa Przełęcz Krowiarki -> Schronisko Markowe Szczawiny, byłaby miłym, spokojnym spacerkiem przez las, w sam raz na zakończenie trasy, gdyby nie goniący nas głód i pragnienie (przy życiu utrzymywał nas leżący wkoło śnieg).

Po dotarciu na miejsce, schronisko zaskoczyło nas mile po raz kolejny. Od przestronnych, nowoczesnych łazienek; przez wcześniej opisaną “glebę”; życzliwą, wyrozumiałą i pomocną załogę schroniska rozumiejącą trudy tułaczego życia; skończywszy na treściwych i smacznych jak domowe posiłkach – to wszystko co rusz sprawiało że nie mogliśmy uwierzyć że “to przecież tylko górskie schronisko”. Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb mieliśmy w planach udać się na w pełni zasłużony odpoczynek przed kolejnym podbojem Góry. Nasze plany błogiego lenistwa rozwiała (na szczęście) kolejna gitara wraz z całkiem sporą grupą podróżnej braci, która dołączyła do naszego już i tak rozśpiewanego towarzystwa. W tak przyjemnie biesiadnej atmosferze górskiej rodziny zdołaliśmy zebrać znacznie więcej sił niż by to było możliwe leżąc “plackiem” na podłodze.

O 1:45 w pełnej gotowości wyruszamy na nocną podróż. Droga na przełęcz Brona okazuje się krótkim, stromym podejściem, które szybko byśmy pokonali, gdyby nie poszukiwania zguby Rafała. Dalszą drogę, prowadzącą granią rozświetla nam ogromny księżyc, nostalgicznie lewitujący tuż nad horyzontem. Na Babiej rozbiliśmy biwak, jednak niebo pełne gwiazd zdawało się do nas krzyczeć “nie ma spania”. Nasze błyszczące aktorki, ustąpiły miejsca na nocnej scenie dopiero gdy główny spektakl miał się ku początkowi. Takich zapaleńców jak my, oczekujących wschodu zebrało się tak dużo, że widok przypominał scenę z filmu “Miasto Aniołów”, gdy cały szczyt ludzi spoglądał jak zaczarowany na wschodzące słońce, które jak na prawdziwą gwiazdę przystało, rozpoczęło swój występ nieco później niż się tego spodziewaliśmy.

Po oświeceniu naszych umysłów szybko zbiegliśmy po ostatniego uczestnika, który został w schronisku i pędem ruszyliśmy na busa. Trasa przebiegła zwinnie, nawet znaleźliśmy szlak który zgubiliśmy dnia pierwszego – ukryte drzewo w strumyku zawsze dobrym drogowskazem. W drodze powrotnej każdy zapadł w sen zimowy – jednak warto było poświęcić tych kilka godzin snu dla ujrzenia takiego widoku!

Aga i Czarek

Dodaj komentarz