LAJ i K na GROSSIE!!!!

Grossglockner 25-28.09.2014

A: Wielki Dzwonnik śnił się nam (dziewczynom, bo panowie śnili o pięknej Esmeraldzie) po nocach i od dawna był marzeniem po które mieliśmy ochotę sięgnąć. Wspólne przygody na Zugu zachęciły nas do kolejnej wspólnej górskiej przygody. Do bawarskiej trójki olimpowiczów (Siostry oraz best of best przewodnik Luki) szybko dołączył zawsze chętny na wyprawy Krzysztof. Nasza podróż rozpoczęła się w środę po ciężkim dniu pracy. Z Wrocławia wyjechaliśmy ok 24, a w Wysokich Taurach zawitaliśmy w okolicach czwartkowego południa.

K: Po dotarciu na parking u podnóża rzeczonej Góry po “ekspresowym przepaku”, zarzuceniu na plecy mega ciężkich plecaków, „mozolnie” wyruszyliśmy w góry. Po dwu godzinnym marszu dotarliśmy do Studlhutte. Na miejscu znaleźliśmy odpowiednia miejscówkę na rozbicie naszych Olimpowych namiotów i przeszliśmy do wieczornej części programu.

J: Chłopaki już w kraju zadbali o pełne wyposażenie. Nasze plecaki poza niezbędnym szpejem, jedzeniem i ekwipunkiem obciążone były również %, z których nie omieszkali skorzystać już pierwszego wieczoru. Przepiękna, zimna noc z milionem gwiazd na niebie rozpoczęła się szybko – integracją w namiocie chłopaków. Okazało się, że zmęczenie drogą dało się szybko we znaki i nawet napięty Achilless nie powstrzymał nas od szybkiego oddania się w ramiona Morfeusza (nie, nie chłopaków ;P).

A: Kolejny poranek (4 rano) zapowiadał się bardzo obiecująco, szczyt mimo, że jeszcze nie widoczny miał być nasz. Poranny rozruch pozwolił nam rozprostować kości i rozgrzać się przed lodowcem. Jeszcze tylko szybkie szkolenie i dżownisia po 30 minutach pokonała śnieżne trudności. Ferraty osłabiły w nas energię, ale schronisko EJH -najwyższe w Austrii, szybko pozwoliło nam na odzyskanie sił.

L: Szybko… Znaczy przez następne 1440 minut. Kolokwialnie mówiąc zatrzymała nas “dupówa”. Nie wiem jak dziewczyny i Krzysiek, ale ja się czułem jak Mackiewicz pod Nanga Parbat czekający na pogodę, ale mniejsza z tym… W schronisku będącym alpejska Saharą (totalny brak wody) Krzysiek jak Mojżesz na pustyni – topił i topił kolejne kilogramy śniegu aby zapewnić nam dostęp do wody, podczas gdy dziewczyny i ja zapoznaliśmy się z Michałem i jego Tatom! – Pawłem… i się zaczęło! Michał genialnie grający na gitarze i my – śpiewający, śpiewający i jeszcze raz śpiewający (cały dzień). Inni goście schroniska dziwnie się na nas patrzyli i nawet Cicha Noc odśpiewana po niemiecku nie zachęciła ich do wspólnego śpiewu. Nas to jednak nie zraziło. Całe popołudnie spędziliśmy na rozmowach, czasami baaardzo długich 😛 I dalszym rozszerzaniu repertuaru muzycznego. Do tego stopnia, że wieczorem do zespołu dołączył Krzysztof Krafczyk w wersji słowackiego kucharza ze schroniska :P. I tak upłynął dzień i wieczór drugiego wspólnego dnia …

K: Sobotni poranek przywitał nas pełną lampa dzięki, której decyzja była szybka – atakujemy. Po lichym śniadanku nieświadomie zafundowanym nam przez Austriaków (dżemiki i nutella ) przywiązali mnie do liny i kazali iść na końcu. Dżownisia ruszyła w stronę wyłaniającego się Grossa. Marsz z cudnymi widokami był trochę monotonny: Asia wciąż drepcze w równym tempem tuż przede mną podpierając się czekanem. Po pól godziny marszu nagle ku mojemu zdziwieniu z jej plecaka wypada drugi czekan.

J: “drugi czekan? Skąd on się tu wziął? Identyczny jak mój! Anka ma, Luki ma, ja mam, Krzysiek ma… OBCY!!! Odebrałam komuś szanse zdobycia szczytu…”

L: Pogodzenie się Asi z „przywłaszczeniem” czekanu trwało aż do momentu wejścia na zatłoczoną i czujną grań Kleingrocknera. Grossglockner, jako najwyższy szczyt Austrii jest celem wielu wycieczek przez, co na podejściu jest dość tłoczno i nerwowo. Przez pewien czas atmosfera także w naszym zespole „stała się napięta jak Wojtkowa lina, którą byliśmy związani i zmieniała się dynamicznie” (A), ale szybko zażegnaliśmy kryzys Grossglocknerski i powoli wędrując granią, ciesząc się pięknymi widokami na otaczające nas pasma alpejskie dotarliśmy do naszego celu – Grossglocknera wieńczącego Wyskoie Taury na wysokości 3798mnpm. EUFORIA! 😉

A: Wierzchołek wymarzonej góry czekał na nas z pięknymi widokami oraz całkiem niewielką liczbą alpinistów. Całe mnóstwo zdjęć w grupie, solo, parami, poważnie i z wygłupami, filmy, czekolada i nie tylko… Szczęście przepełniające nas po czubki kasków echem rozchodziło się okrzykami radości. Az żal było schodzić!!! Ale zejście mimo przeogromu euforii w pełnym skupieniu i z mnóstwem postojów w korkach przebiegło sprawnie, radośnie i co najważniejsze pomyślnie. Myślę, że dużą motywacją było spore pragnienie, gdyż nasze zapasy płynów były łagodnie mówiąc ubogie (skończyły się na szczycie).

J: Szybkie zejście, ostatni rzut oka na pokonana trasę i jesteśmy w schronisku. Wielka metalowa beczka z deszczówka przyciągnęła nas jak lep muchy, a gratisowa cola od kelnera za wieczorne śpiewanie smakowała jak nigdy dotąd! Zanim się obejrzeliśmy lodowiec został w tyle i już byliśmy przy namiotach. To był cudowny dzień! Przepiękna pogoda, niezliczona ilość szczytów i chmur pod nami, radość nie do opisania, kolejne marzenie spełnione! Bo zawsze góry i dobre towarzystwo to mieszanka najlepsza na wszystko!

LAJK (L-Łukasz M, A – Ania M, J – JoAśka M, K- Krzysiek B)

Dodaj komentarz