Mont Blanc. Wyjazd aklimatyzacyjny.

Data: 3-10. 12.2015r.

Skład: Paweł Kudła, Krzysztof Błaszczyk, Jakub Pawłowski

Trudności: względnie trudno. Duże przewyższenie, grząski śnieg, temperatura, duża wysokość, Wielki Kuluar.


Wyjazd:

Dni nerwowych przygotowań, wyczekiwania na okno pogodowe, ogarnianie spraw prywatnych, właśnie pod tymi hasłami mijały ostatnie chwile przed wyjazdem na Mt. Blanca. Dla mnie i Pawła było to kolejne starcie z najwyższym szczytem Europy, dla Krzycha francuski debiut i jednocześnie smakowity kąsek który czesc1chce włączyć do swojej rosnącej kolekcji szczytów z Korony EU. Cel, aklimatyzacja przed Pawłowym wyjazdem na Nangę. Spędzić jak najdłużej jak najwyżej, w grę wchodzi  również nocleg na szczycie.

Wyruszyliśmy w czwartek późnym popołudniem.  Szukając oszczędności, zabieramy ze sobą Jagodę, blablacarowiczkę. (Z tego miejsca chcieliśmy przeprosić Dżagodę za warunki panujące w Cytrynie Krzycha. Tona sprzętu przygniatająca naszą współtowarzyszkę niczym lawina z każdej strony.  Parujący testosteron z trzech rządnych przygód harpaganów. Nie jedna osoba czuła by się zakłopotana, zwłaszcza, że niektóre rzeczy były dla naszej koleżanki widocznie zbyt szokujące np. rozmowy o zaletach tygodniowego niemycia się 🙂

Dojeżdżamy do Les Houches nad ranem. Szybkie ogarnianie się, weryfikacja tego co nam się przyda a co nie i ciśniemy do góry. Plan już uległ zmianie. Aby zaoszczędzić czasu i sił chcieliśmy pierwsze metry do Beleves  podjechać  kolejką Tramway du Mont Blanc. Niestety. W Okresie późnej jesieni/ wczesnej zimy, wszystkie linie są zamknięte. Renowacja i brak ludzi to główne czynniki.

Gorączka francuskich szlaków:

Objuczeni jak woły pociągowe, przyodziani w skorupy/ trójbuty ciśniemy po asfalcie i leśnych dróżkach do góry. Pierwsze 800 m przewyższenia pokonujemy w iście jesiennych warunkach. Temperatura ok 15 st. C. Nie na takie warunki pisaliśmy się w grudniu 🙂 Po 4 h, wymęczeni całonocną podróżą oraz temperaturą rozbijamy się pod górną stacją wyciągu. Szybka kolacja i idziemy spać. Szamoniowo (Chamonix) migocze jak lampki na choince. Powietrze się wyostrza. Chyba idzie mróz....

walkNic z tego. Budzą nas krople spływające z dachu. Zapowiada się kolejny ciepły dzień. Zwijamy obóz. Plan na dzisiaj Forestiere (dom polski) albo Tete Rousse. Niestety, kolejny plan musi ulec zmianie. Ciężkie plecaki (jesteśmy zaopatrzeni w żarcie i sprzęt na kolejne kilka dni akcji górskiej) grząski śnieg który ostro trzeba torować i lejący się ukrop z nieba (ciuchy mamy na warunki mocno zimowe, więc  temperatura  znacząco spowalnia nasze tępo). Idąc wzdłuż torów mijamy kilka lawin które zsunęły się z piętrzących się skał i przecięły trakcję. W 2009 spadła tutaj lawina kamienna i zablokowała na najbliższe miesiące dojazd do górnej stacji kolejki zwanej Orlim Gniazdem. Wielką niewiadomą było przejście przez sławny tunel (kilka lat wcześniej Aga, Dziku i Paweł musieli robić trawers tunelu, ponieważ wejście było zasypane). W tym roku wielkie czyste wejście zapraszało nas do środka. Jedyne na co należało uważać to spadające spod sufitu sople. Dochodzę do „gniazda” jako pierwszy. Widoki zapierają dech w piersiach. Na horyzoncie wyłania się piękna ściana Gouter a na niej schroniska. Chłopaki dochodzą po jakiejś chwili. To co, szybki obiadek i ciśniemy dalej. Warto pamiętać, że górna stacja Tramway du Mont Blanc w przypadku kibla może stanowić doskonały schron. Drzwi otwarte, zabudowane z każdej strony pozwalają na bezpieczny nocleg po zmaganiach wejściowo/zejściowych.

Ciśniemy dalej, niestety, śnieg zaczyna robić się upierdliwie grząski. Każdy krok wymaga dużego nakładu energii. W pewnym momencie, patrząc na mapę postanawiam zboczyć z kierujących do Tete Rousse śladów i kierować się na Forestiere’a  który jest jeszcze w naszym zasięgu czasowo-siłowym. To był błąd. Odcinek 25m pochłania 45 min cennego czasu. Mielę w miejscu.  Mieliśmy nie bluźnić na tym wyjeździe. No nie da się. Soczyste obelgi lecą w stronę bogu winnemu śniegowi. Chłopaki poszli dalej po śladach. Spotykamy się na śnieżnym plato w tym samym momencie. Zmierzch niebezpiecznie wdziera się w dolinę. Po sprawdzeniu zawrtości  termosów (pucha) i zweryfikowaniu odległości do schronu (w nastającym zmroku te 100 m przewyższenia  wydawało się nie od przejścia, zwłaszcza jeśli natrafimy na tak samo grząski śnieg jak ja przed chwilą) Postanawiamy się rozbić tam gdzie stoimy. Miejsce bezpieczne, teren płaski więc bezpieczny od lawin. Razem z Krzychem śpimy w namiocie. Paweł w ramach hartowania ciała i ducha postanawia spać na zewnątrz. Z resztą miał z nas najcieplejszy psiwór.

namiotJeśli chodzi o fakt spania zimowego i rozbijania namiotów. Ważne jest oby się okopać a następnie obsypać boczne fartuchy śnieżne aby zimno nie penetrowało namiotu. Wszystkie sprzęty elektryczne, baterie, botki lądują w nogach psiwora. Ważne jest, aby śpiwór miał dobry system uszczelniający na wysokości szyi (to miejsce zatrzymuje ciepło, dzięki czemu śpiwór działa jak termos. Odkręcony szybko traci zgormadzone ciepło). Niestety mój był do bani, ciągle się otwierał, więc budziłem się kombinując jak go uszczelnić. Wystarczyła puchówka zarzucona na korpus z rękawami upchniętymi w miejscu najczęstszego otwierania się. Dzięki temu reszta mroźnych nocy minęła bez zbędnych przygód.

Ale wracając do samego snu, Paweł denerwował nas komentarzami typu „ O kolejna spadająca gwiazda, o następna, o i jeszcze jedna”. No słuchać się go nie dało :

Zdobywamy wysokość:

Nazajutrz budzimy się o rozsądnej godzinie. W planie na dziś, Tete Rousse, normalna kima w schronie, zostawianie depozytu przed zdobywaniem kolejnej wysokości. Już teraz wiemy , że plecaki są za ciężki I kilka rzeczy na pewno nam się nie przyda. Po drodze wyłania nam się Aigulli Di Midi, zurbanizowany Szpon górski. Z jednej strony piękno natury, z drugiej wścibska ręka ludzka, postęp cywilizacyjny ustawiający  kolejkę właśnie tam. Do Tete Rousse’a dochodzimy późnym popołudniem. Teren wymagał założenia raków i kilku momentów krótkiej wspinaczki. W schronie meldujemy się w samą porę. Po wyłożeniu gratów i przygotowaniach do kolacji zauważyliśmy, że świat za oknem zaczyna przybierać niesamowitych barw. Wybiegamy za schroniska. Nad rozległą doliną z  której wypływał potężny lodowiec naznaczony bezkresnymi szczelinami  zaczął swój taniec najpiękniejszy zachód słońca jaki było mi dane zobaczyć w swoim życiu. Wraz z chłopakami nie mogliśmy się napatrzeć. Wszechogarniająca cisza, zachod2lodowe olbrzymi skąpane w świetle minionego dnia. To właśnie był ten moment kiedy pragniemy aby chwila trwała wiecznie… No może ja i Paweł. Pierwszy komentarz Krzych na zastany widok (czyt. Panele słoneczne na ścianie schroniska): „ O, to są właśnie porządne solary. Z takich to można czerpać energię, ciekawe ile…” No właśnie, widać że Polibuda 😛

W nocy było nam gorąco. Każdy przewracał się z boku na bok nie mogąc zasnąć. Ekscytacja, objawy wysokości, czy może śnieg który topiliśmy zaszedł w jakąś reakcję z workiem na śmieci kupionym u Chińczyka. Nie wiemy, ale jedno jest pewne, to nie była najspokojniejsza noc.

Zbieramy się wcześnie rano. Krzychu jeszcze „optymalizuje” swój plecak. Optymalizacja w  wykonaniu Krzycha zazwyczaj wygląda tak:

„To spakuje w to, tamto w tamto, tu upcham tam dopcham, patrz Kubuś ile zostało jeszcze miejsca… aaa, jeszcze to i tamto…”  no i kończy się tak jak zwykle, plecak pęka w szwach i niczym się nie różni od naszych plecaków, prócz tego że jest spakowany pół godziny później J

Zawijamy wroty i wychodzimy na szlak. Przed nami ściana Gouter, 600 m przewyższenia i morderczy kuluar Roling Stonsów do pokonania. Po drodze mija nas Francuz na ski tourach. Ale każdy z nas mu zazdrości. Istnieje szansa że jeszcze dziś wejdzie na szczyt a później zjedzie. Grząski śnieg mu nie straszny. Częstujemy go ciepłą herbatą i życzymy powodzenia.

Warunki w Grand Couloir:

kuluarPłytko pod śniegiem zmrożone kamienie, 30 cm warstwa „cukru” na wierzchu 5 cm zmrożonego śniegu. Nachylenie zbocza powyżej 30 stopni. W normalnych zimowych warunkach właśnie środkiem kuluaru przebiega trasa, latem, kamienistą grzędą. Po sprawdzeniu warunków i niepewnym śniegu zdecydowaliśmy si ę razem z Pawłem na przetrawersowanie kuluaru i wejście w letnią drogą. Krzysiek piął się środkiem kuluaru walcząc z czasem. Śnieg był w miarę pewny, dopóki, dopóty nie świeciło na niego słońce, a to akurat miało się wyłonić za najbliższe 2h.

Na szczęcie udaje się całej naszej trójce dotrzeć do schronu przy starym schronisku  (3817m.n.p.m). Chwila relaksu, ciepłej herbaty i ciśniemy dalej. Warunki w zimowym schronie, rewelacyjne. Czysto, schludnie, materace i prycze zadbane. Jest nawet kuchnia i światło. W przedsionku składzik na sprzęt kilkunastu ludzi. W całym schronie spokojnie mogło by się zmieścić około 40 osób.

gouter2Mamy jeszcze spory zapas czasu, więc podejmujemy decyzję o dojściu jeszcze dzisiejszej nocy do Vallota. Czyli trzymamy się planu, jak najdłużej-jak najwyżej. Przed nami ponad 500m przewyższenia na Dome du Gouter przez pole poukrywanych szczelin, 60 m zejścia i kolejne 100m podejścia do najwyżej położonego schronu w Alpach, Vallot’a 4352 m.n.p.m . Droga ciągnęła się niemiłosiernie. Typowy dla Mont Blanca keep walking. Tuż poniżej szczytu mija nas zjeżdżający francuz. Podjeżdża do mnie i łamanym angielskim tłumaczy coś o powstałej szczelinie poniżej kopuły szczytowej na 4600. Wspomina też coś o śrubie lodowej i taśmie. Po krótkiej rozmowie, rozstajemy się. Trzeba iść. Temperatura gwałtownie spada i robi się bardzo zimno. Mokre rękawiczki szybko sztywnieją. Zmieniam je na łapawice puchowe i gonię chłopaków. Zapada zmrok. Tuż poniżej schronu, podczas poprawiania kasu, pomimo raków i czekana, w twardym śniegu/lodzie Krzysiek zalicza niegroźną obsuwę wypada mu kask. Na szczęście Paweł wykazuje się dużym refleksem i wyłapuje go. Umęczeni dochodzimy do Vallota.

vallotW Vallocie jak to w Vallocie, syf kiła i mogiła. Zimno. Ale przynajmniej nie wieje i jest toaleta (lepiej nie korzystać jak wiatr zawiewa przez dziurę :P) . Zbieramy do worków foliowych śnieg i zaczynamy pichcenie. Dzisiaj wjeżdżają liofilizaty. Szybkie zestawienie. Liofilizaty z decathlonu (ok 20 zł) ciepłe… i tylko tyle. Natomiast Lyo food (polska produkcja) przepyszne pełnowartościowe ciepłe posiłki. Zdecydowanie polecam. Niestety koszt 35 zł+ za obiad to trochę dużo, ale warto zainwestować jeśli nie chce mieć się niespodzianek.

Co do samego grzania wody na takiej wysokości. Butle z gazem mocno obrywają na takiej wysokości. Roztopienie 1 l wody trwa grubo ponad 40 min. Natomiast kuchenka benzynowa świetnie się sprawdza. Niestety, nasza ma problemy z dyszami. Mocno dymi i w powietrzu dużo oparów benzyny. Nie wiemy czy to właśnie przez to, czy przez uzyskaną wysokość mamy problemy z dokuczającym bólem głowy. Po obiedzie zakopujemy się w śpiworach i idziemy spać.

Dzień wypadku.

blancNazajutrz Paweł wychodzi skoro świt.  My z Krzyśkiem mamy do niego dołączyć później. Doskwiera nam ból głowy i problemy żołądkowe.  Plany jaki założyliśmy wcześniej był prosty. Pomagamy Pawłowi się okopać w jakimś bezpiecznym miejscu na wysokości kopuły szczytowej, gdzie rozbija namiot szturmowy i on spędza tam noc, natomiast my z Krzychem schodzimy na dół i czekamy na niego w Vallocie.
Dla Pawła warunki podobne do tych które będą panowały podczas wyprawy na Nangę Parbat.  Psychicznie, fizycznie i sprzętowo jest przygotowany do tego. Niestety, podczas wejścia wpada w szczelinę (tą o której mówił francuz). Nie stwarzała ona zbyt dużych problemów technicznych (1m szerokości  1,5m różnicy wysokości) Na wszelki wypadek wpina się w pozostawioną śrubę.  Niestety, lód nie wytrzymuje i śruba puszcza. Zamieszczam tutaj informację od Pawła dotyczącą samego wypadku. Myślę, tak samo jak Paweł, że warto przeczytać ku przestrodze (pisownia org.):

„Dziś szczęśliwie zakończyła się wyprawa na Mt Blanc. Całą trójką czyli: Jakub Pawłowski Krzysztof Błaszczyk Paweł Kudła wrócili cali do domów.

Szczytu nie osiągnięto! Warunki były idealne piątego dnia wyprawy wyszedłem samotnie z Valota na szczyt. Na wysokości około 4550 napotkałem szczelinę. Wszedłem do niej i próbując wyjść do góry na dróga stronę odpadłem wyrywając asekuracje ze śróby lodowej. Odpadając poleciałem głową w dół na włoska połódniowo-zachodnia stronę. Zatrzymałem się klinując ciało "na zapieraczkę" w kominie skalnym. w tym miejscu powiadomiłem Prezesa. Kuba wezwał ratowników, ja zabezpieczyłem się taśmą na występie skalnym. Akcja ratunkowa trwała dokładnie 2 godz. 10 min. Po przybyciu ratowników i ich asekuracji samodzielnie wydostałem się na grań. Z ratownikami wróciłem do Valota skąd helikopter przewiózł mnie do Chamonix. Chłopaki wrócili samodzielnie do samochodu następnego dnia. Główna przyczyna wypadku czynnik ludzki! Samotna wspinaczka, wykorzystanie obcego punktu asekuracyjnego etc. Podjąłem złe decyzje! Przestrzegam wszystkich przed łatwymi górami-niema takich. Z całej tej wyprawy chciałbym przedstawić prelekcję i uwidocznić wszystkie popełnione błędy-moje błedy. Posiadam zdjęcia miejsca w którym wisiałem. Chciałbym aby to była nauczka dla nas wszystkich! Wszystkich którzy wysyłali sms-y z zapytaniem o to co ze mną uspokajam żadnych obrażeń. Straty czekan gdzieś w przepaści potargane spodnie i kurtka. Byłem ubezpieczony etc. Wiem że może pod tym poste będzie kilka negatywnych komentarzy pewnie słusznych. Jeśli kogoś zraziłem do gór przepraszam nie to miałem na celu. 12377546_1056982341010964_100925690672850786_oTylko powtarzam bądźcie uważniejsi. Czy pojadę na Nangę Parbat? -Tak 28.12.15 lot z Berlina.

Na koniec najważniejsze jak to się stało że człowiek po 20 metrach lotu zatrzymuje się o własnych siłach w kominie skalnym na zapieraczkę? Mam tylko jedno wyjaśnienie! Cud a za cuda odpowiedzialny jest tylko Bóg. Tylko pamiętajmy że mózg też mamy od Boga.”

Wzywanie pomocy:

Jeśli chodzi zaś o drugą stronę, chciałbym opisać, również ku przestrodze jak wyglądało wzywanie pomocy w tak ciężkich warunkach.

1)  pamiętajmy, zawsze miejmy numer telefonu do Ratowników Górskich w rejonie gdzie akurat się wpinamy. Zwykłe 112 nie wystarczy. W skrajnych momentach każda sekunda się liczy.

2) Dbajmy o naładowaną baterię w telefonie (power banki, zapasowe baterie , solary). Wzywanie pomocy wiąże się z długimi rozmowami. Im więcej podamy szczegółów, tym łatwiej będzie ratownikom odnaleźć poszkodowanego.

3)sprawdźmy gdzie jest zasięg. To jest ważne, dla klarowności komunikatów.

4) Nauczmy się specjalistycznych słów w języku ang. Takich jak szczeliny, kotły, żleby, grań, raki, czekan, uprząż itd. Tak aby nie trzeba było okrężnie i zagmatwanie tłumaczyć prostych słów.

5) Sprawdźmy w terenie dokładnie kierunki świata. Charakterystyczne punkty orientacyjne. O wiele łatwiej i skuteczniej komunikujesz się wtedy z ratownikami.

6) Opisz warunki pogodowe panujące w okolicach miejsca zdarzenia.

7) Nie panikuj i bądź spokojnie. Mów powoli i wyraźnie. Kiedy mówisz ważną informację, powtórz ja kilkukrotnie i poproś o jej powtórzenie. Ratownicy to też ludzie, mogą przeoczyć takie rzeczy.

8) Miej nr telefonów kontaktowych najlepiej na kartce. Ratownicy będą ich potrzebować. W wiele łatwiej jest je przeczytać z kartki niż szukać w telefonie.

9) Miej zawsze coś na koncie. Nie dopuść do sytuacji, że nie możesz gdzieś zadzwonić, bo nie masz środków na koncie (dlatego warto mieć tel. na abonament). Ja spędziłem na łączach z ratownikami ponad 1h przekazując informacje od Pawła które dostawałem w SMSach.

Punkty które wam opisałem sprawdziłem na samym sobie. Myślę, że samo wzywanie pomocy wypadło bez zastrzeżeń. Najtrudniej było jednak zachować spokój.

Wycof:

10259264_1056982231010975_8252912806608541838_oZ Krzychem postanowiliśmy dokonać odwrotu. Dostaliśmy informację  że ma nadejść załamanie pogody. Kiedy Paweł był już bezpieczny na dole, zebraliśmy się do kupy i zeszliśmy do Goutera. Tam nocleg. Na następny dzień, dopiero kiedy zrobiła się lepsza widoczność, (ok 11) po obfitym śniadaniu zaczęliśmy schodzić na dół. Z tete Rousse zabraliśmy depozyt i pocisnęliśmy na dół. W miejscu gdzie mieliśmy drugi biwak, spotkaliśmy Pawła, który postanowił do nas podejść odebrać cześć sprzętu. Po 14h byliśmy już na dole przy samochodzie. Jednak lepiej i  łatwiej schodzić niż wchodzić J Będąc na haju tlenowym spakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy do Polski. Tego dnia nie spałem 42h. Czułem się szczęśliwy, że wszyscy siedzieliśmy w tym samochodzie. Cali i zdrowi.

Szczyt nie został zdobyty, ale przywieźliśmy ze sobą pokorę, to czego góry uczą najbardziej…

Pisał Jakub Pawłowski

wszyscy

Dodaj komentarz